Coraz częściej widzę, że w debacie publicznej celowo zaciera się granicę między wolnością a ideologiczną presją.
Tak było również w przypadku artykułu, na który ostatnio trafiłem w TOK FM, gdzie próbę stawiania granic w edukacji i kulturze przedstawiono jako rzekomą cenzurę oraz atak na wolność. Nie zgadzam się na taki sposób manipulowania opinią publiczną. Uważam jasno, że sprzeciw wobec treści ideologicznych i seksualnych kierowanych do dzieci nie jest żadnym przejawem nienawiści, lecz wyrazem odpowiedzialności za wychowanie i obronę prawa rodziców do decydowania o tym, w jakim duchu wychowywane są ich dzieci.
Problem nie polega na tym, że istnieją różni ludzie i różne doświadczenia życiowe, ale na tym, że określone środowiska próbują narzucić wszystkim jedną wizję człowieka, rodziny i społeczeństwa. Każdy, kto stawia temu opór, jest natychmiast oskarżany o zacofanie, wykluczanie albo rzekomą nienawiść. To nie jest uczciwa debata, tylko próba zamknięcia ust wszystkim, którzy myślą inaczej. W mojej ocenie mamy dziś do czynienia z realnym sporem o kształt kultury, edukacji i przyszłość wychowania młodego pokolenia. Przecież prawdziwa wolność kultury polega właśnie na tym, że nie musi ona służyć żadnej ideologii, także tej, która dziś próbuje uchodzić za jedyną dopuszczalną, wyzwoloną.
Dlatego trzeba mówić jasno, że szkoła nie może stawać się narzędziem ideologicznej przebudowy społeczeństwa, a media nie powinny pełnić roli propagandowego zaplecza jednej strony tego sporu. Jeżeli nie zaczniemy nazywać tych mechanizmów po imieniu, granica między edukacją a indoktrynacją będzie przesuwana coraz dalej. Miejmy za podstawę racjonalne myślenie : czytając artykuły, wychowując dzieci, żyjąc w społeczeństwie.