Żyjąc w przeświadczeniu, a właściwie w morzu faktów potwierdzających, że Polska, ta samorządowa i ta rządowa, oparta jest na mechanizmach, które zgodnie z definicją demokracji oddają władzę społeczeństwu, trudno nie ulec tej powierzchowności i iluzji, że skoro z greckiego demos oznacza lud, a kratos władzę, to funkcjonujemy w państwie demokratycznym. Teoretycznie wszystko się zgadza, i to społeczeństwo sprawuje władzę. Trudno się sprzeciwiać tak twardym dowodom, które nas otaczają. Szczególnie, że jako społeczeństwu ogólnie, jest nam dobrze, jesteśmy wolni i to my wybraliśmy tę drogę poprzez wybory oraz decyzje o tym, czy postawiliśmy krzyżyk przy tym, czy innym nazwisku. To, że efekt wyborów jest różny, a często mało zadowalający, w definicji i idealistycznym założeniu tego konstruktu można byłoby jeszcze uznać, że za ten stan odpowiada wypadkowa i margines błędu samego procesu.
Ostatnie lata ułomnych działań polityków, organów i instytcji państwowych powodują, że Polacy zaczynają dostrzegać poważne wady demokracji. Bowiem jak każdy system, także i ten posiada swoje słabości, a pojawiające się patologie potęgują pejoratywne odczucia. Gdy dodatkowo pojawiają się w nim nieuczciwi, cwani politycy, za nic mający moralność, etykę i dobro wspólne, a także nie patrzący na nic więcej jak własna kieszeń, okazuje się, że zwykły obywatel poddaje się i wiotczeje w materii społecznej, wykazując postępującą bierność w udziale, i w podejmowaniu decyzji demokratycznych.
Od lat 90. najpierw nasze społeczeństwo było niedojrzałe do demokracji, a w następnych latach, gdy już zaczęło ją rozumieć, straciło poczucie sprawczości i wiarę w to, że demokracja ma swoją siłę i że się posiada sprawczość. W przestrzeni publicznej do maja 2026 roku panowała opinia, w myśl której wszelkie przejawy chęci zmian oraz ruchy społeczne i dążenia do realnej zmiany były kwitowane słowami: „z nimi nie wygrasz”, „i tak to nic nie da”, „szkoda twojego czasu”.
W Krakowie doszło do przełomu. Oddolna inicjatywa społeczna, do której dołączyły również środowiska skrajnie odmienne od siebie, zgodnie z zasadą pluralizmu, połączyła siły w zintegrowanym działaniu i doprowadziła do referendum, którego celem było odwołanie prezydenta miasta Krakowa Aleksandra Miszalskiego oraz Rady Miasta.
Zapoczątkowana kilka miesięcy wcześniej iskra w postaci zbiórki podpisów pod inicjatywą referendalną spowodowała niesłychaną mobilizację mieszkańców. Mimo ogromnych mrozów i złych warunków atmosferycznych przyniosła ona ponad 134 tys. podpisów w nieco ponad 40 dni, przy minimum 58 tys. wymaganych do tego, aby referendum mogło zostać ogłoszone przez Państwową Komisję Wyborczą.
Dlaczego przykład krakowski nie jest klasycznym przykładem inicjatywy referendalnej, która upadała jedna po drugiej? W mieście Królów Polskich masa krytyczna napięć społecznych, politycznych i ogólnego niezadowolenia osiągnęła maksimum i wybuchła nie tylko z uwagi na bardzo źle oceniane działania prezydenta na wielu płaszczyznach, ale także z powodu kierunku działania samego rządu polskiego. Przełożenie nastrojów oraz fatalne oceny działań władzy na poziomie miasta i władzy w Warszawie bezpośrednio ze sobą rezonowały i multiplikowały napięcie.
Wyjątkowość tej sytuacji jest tym większa, że poparcie dla referendum wyraziły osoby i organizacje do tej pory przychylne prezydentowi oraz obozowi Koalicji Obywatelskiej (partii rządzącej), a także popierające premiera Donalda Tuska. To pokazało, że w pewnym momencie granice politycznej lojalności ustępują miejsca obywatelskiemu sprzeciwowi.
Zmiany nadeszły i wiatr się odwrócił, a Kraków zapisał się w historii Polski jako miasto, które przełamało impas i bezwładność demokratyczną. Dzięki wynikowi samego referendum i skutecznemu odwołaniu prezydenta A. Miszalskiego w kilka dni w przestrzeni publicznej zaczęły pojawiać się sygnały o pospolitym ruszeniu i powstających podobnych inicjatywach w innych miastach.
W mgnieniu oka niebieskie kamizelki, bo tak nazywano wolontariuszy zbierających podpisy, ubranych w charakterystyczne niebieskie kamizelki, stały się symbolem demokratycznej siły i walki. Niczym w starotestamentowej historii starcia Dawida z Goliatem zwykli mieszkańcy miasta pokazali, że pozornie słabszy może zwyciężyć z tym, co wydawało się nienaruszalne od lat. Natchnienie demokracją i przekonanie, że jednak coś można, że trzeba dać szansę narzędziom, do których dojrzewaliśmy przez lata.
Krakowianie tchnęli ducha w Polaków. Działania pojedynczych osób, wolontariuszy oraz fakt, że prezydent Krakowa namawiał do bojkotu tego demokratycznego, ugruntowanego w ustawie zasadniczej przedsięwzięcia, jakim jest referendum, pozwalają wysnuć pewne wnioski. Demokracja ma swoją siłę i jako jednolite społeczeństwo powinniśmy z niej korzystać wbrew władzy, która stara się nam ją reżyserować, angażując nas jako aktorów w dramacie, w którym, reprezentując społeczeństwo, zawsze przegrywamy z władzą.
Zgodnie z zasadą suwerenności narodu to w rękach obywateli leży władza nad wyborem reprezentantów, ale także możliwość ich odwołania, gdy działają niewłaściwie. To nie partie, układy i polityczne dwory są właścicielami państwa. To naród jest źródłem władzy, a demokracja nie kończy się w dniu wyborów.
Przeszliśmy długą drogę w polskiej demokracji. Doszliśmy do momentu, w którym zrozumieliśmy jako społeczeństwo, że organy i instytucje można odwołać, a partie, mimo ogólnokrajowego folwarku z genezą opartą na Okrągłym Stole, nie mogą już tak duoautorytarnie podchodzić do sytuacji politycznej w Polsce.
Istnieją żywioły, które zostały rozpalone, a iskra zapoczątkowana w Krakowie może rozniecić płomień, a w konsekwencji pożar zmian, dobrych zmian w kierunku demokratycznego państwa prawa i silnego narodu.





