Marsz LGBT w Krakowie i pytanie o granice tolerancji

Wczoraj Kraków został zalany falą kolorowych flag i przebrań podczas marszu środowisk LGBT wspieranego przez UMK i prezydenta Aleksandra Miszalskiego. Obserwując to wydarzenie, nasunęło mi się kilka wniosków.
Morze barw, manifestacyjne stroje, często celowo kontrowersyjne, miały wywołać szok, a momentami wręcz estetyczne zdegustowanie. Patrząc na tę demonstrację, utwierdziłem się w przekonaniu, że ta “modna” ideologia poszukuje zagubionych jednostek, oferując im pozory akceptacji i wolności. Uczestnicy marszu zdają się manifestować skrajny indywidualizm, jednak trudno dopatrzeć się w tym jakiejkolwiek wartości dodanej dla społeczeństwa. Chciałem dostrzec w genezie tego wydarzenia pozytywny aspekt oraz zrozumieć, co może ono wnieść do naszego kraju i życia.
Niestety, nie znalazłem odpowiedzi. Zamiast tego widzę chaos, podziały społeczne oraz erozję wartości i norm, które przez lata budowały fundamenty wspólnoty narodu.
W Polsce każdy ma prawo do wolności. Nikt tym osobom tego nie odbiera. Mogą żyć według własnych przekonań, wyrażać siebie, manifestować poglądy. Jednak mimo tej swobody, wciąż słyszymy głosy, że potrzebują “więcej”. Przekraczają kolejne granice, domagają się zmian w prawie. Czy rzeczywiście chodzi o wolność, czy może raczej o destabilizację społeczeństwa pod płaszczykiem tolerancji? Pytanie to, choć retoryczne i naiwne, jest aktualne i powraca.
Stanąłem ramię w ramię z uczestnikami kontrmanifestacji. Byliśmy otoczeni policyjnym kordonem (chronieni), wyrażaliśmy sprzeciw wobec promowania ideologii, która podważa ład społeczny i wartości, które nas Polaków jednoczą.

 

Pozostałe wpisy: